Długie zimowe wieczory sprzyjają przeglądaniu zasobów fotograficznych i tak właśnie natrafiłem na bardzo miłe, zwłaszcza w taki ponury zimowy dzień, wspomnienia z kilkudniowej wycieczki w Bieszczady.
Była połowa lipca tzn. "lipcopada" i pojawiła się w prognozach szansa na kilka dni bezdeszczowej pogody. Plan był już gotowy a ekipa tylko czekała na sygnał.
Wyjechaliśmy z Zamościa i po niedługim czasie, gdy odgłosy wydobywające się z naszych pustych brzuchów zagłuszały muzykę naszych silników, zatrzymaliśmy się w Przeworsku na śniadanie.
Z Przeworska ruszyliśmy, coraz bardziej krętymi drogami, na Pogórze Dynowskie by znów po niedługim czasie z ww. powodów zatrzymać się na obiad w karczmie w okolicach Dynowa.
Ponieważ lekką przesadą byłoby zatrzymywać się znowu w celach konsumpcyjnych wytrzymaliśmy (wszyscy wiedzą, patrząc na moją sylwetkę, że to głównie o mnie chodziło) bez jedzenia aż

do Komańczy. Tam zainstalowaliśmy się w domkach:
i zorganizowaliśmy sobie kolację:
Rozpalenie ogniska zostało powierzone sile fachowej:
Towarzyszyły nam świetliki, dobry humor i niezapomniany klimat bieszczadzkiej nocy.
Następnego dnia wybraliśmy się między innymi w okolice Duszatyna:
Po drodze niektórzy próbowali przeprawy motocyklem przez zalane górskie drogi:
Ludność miejscowa odnosiła się do nas przyjaźnie:
Odwiedziliśmy też Muzeum Prymasa Wyszyńskiego, w którym my mieliśmy chwilę zadumy, a siostry zakonne wiele uciechy, no może za wyjątkiem Przełożonej, która załamywała ręce na widok swoich "owieczek" jeżdżących na motocyklach.
Pokręciliśmy się również trochę po słowackich drogach i sklepach.
Gówną atrakcją była oczywiście sama jazda po krętych bieszczadzkich drogach:
i piękne krajobrazy:
Obcowaliśmy też z "przyrodą ożywioną" np. z groźnymi żmijami, ale też całkiem miłymi kotkami - i nie mam tu na myśli szanownych rodzicielek naszych żon czy też przedstawielek płci pieknej niezwiązanych z nami wiadomymi więzami.
Nie mogło zabraknąć wyjazdu do Wetliny na słynny placek z jagodami. Byliśmy jednak trochę rozczarowani, bo niedzielne przedpołudnie było za wczesną porą by spożyć ten nasz tradycyjny posiłek. Spożyliśmy więc coś innego i zrobiliśmy pamiątkową fotkę.
Czas było obierać kurs powrotny.
Jeszcze pamiątkowe zdjęcie na tle panoramy Bieszczad:
i w dużym upale docieramy do Ustrzyk Dolnych, gdzie czekają na nas dwie upragnione rzeczy: trochę cienia i obiad. No i oczywiście Zagłoba - nasz Przywódca, Przy wódce ... nie wiem jak to się pisze

:
Po drodze do Przemyśla odpoczywamy w Krasiczynie.
Tu ja opuszczam grupę by w szybkim tempie dotrzeć do Zamościa (obowiązki rodzinne) a pozostali mają okazję przeżyć ostatnią przygodę tej wycieczki - powrót z Przemyśla do Zamościa w strugach deszczu, przy akompaniamencie nie tylko swych silników, ale też i błyskawic.
Gdy oglądam te zdjęcia, a jest ich bardzo dużo, jakoś cieplej się na sercu robi i łatwiej znieść tą "przerwę międzysezonową". Myślę że za dwa, trzy miesiące zrobimy powtórkę