To ja Wam opowiem, jak było...
Jak zrobić fajny zlot pośrodku niczego? Pytajcie „Motobajków”. Mi wychodzi, że trzeba zamówić pogodę, zapewnić dobrą muzykę (nie tylko do 12 w nocy), przygotować drewno, żeby ludzie mogli się ogrzać nie tylko ogniem, ale i ciepłem pozytywnych emocji… Dodatkowo postawić jakiś basen, żeby można było kogoś wrzucić w ubraniu, utopić parę komórek. Impreza murowana. A jak było w szczegółach? Wszystkiego nie opowiem. Przyjechali prawie ci wszyscy, przez których „muszę” co tydzień rozbijać gdzieś namiot i rozpakowywać mój skromny, „zlotowy dobytek” – ludzie, których lubię, cenię, szanuję, na których mogę liczyć, i za którymi w ogień pójdę. Nie wymienię tym razem nikogo, bo ten post miał by kilometr. Nie opiszę też całego przebiegu wydarzeń, a ledwie parę epizodów.
W piątek wieczorem Basia nam doniosła, że Paweł poszedł w zarośla w stronę rzeki i nie wrócił. Bez namysłu ruszyliśmy z Dziniem we wskazane miejsce. Znam Pawła na tyle, że wiem, do czego jest zdolny. Przeszukaliśmy krzaczory i jak już mieliśmy spuszczać wodę z Sanu, przyszło mi do głowy, że ta pi... (czyli Paweł) może spać w namiocie. Wracam, sprawdzam, leżą jego zwłoki. Jest ok.
Miałem też przyjemność poznać rodziców Skwary. Niezwykle sympatyczni ludzie. Tak na oko, w moim wieku, ale chyba są ciut starsi, bo sam Skwara, to stary byk. Obgadaliśmy syna, córkę i synową. Teraz mogę powiedzieć, że znam Skwarę od kołyski. Ustaliliśmy też, że Skwary powinny mieć jeszcze jedno dziecko. Kasia się jeszcze broni, ale opór słabnie. Jak będzie trzeba, to przy najbliższej okazji zamkniemy ich w namiocie i nie wypuścimy tak długo, póki nie zaczną się rozmnażać. Jak się urodzi syn, to damy mu na imię Zlocjusz, względnie Namiocin. Jeszcze to w grupie przedyskutujemy.
W sobotę były różne konkurencje, ale najważniejszą był wybór Miss Mokrego Podkoszulka. Wystawiliśmy do konkurencji nasze Kociątko, a ja zostałem jej głównym trenerem i fizjoterapeutą. Wiecie, masaże, powiększanie biustu przez dotyk i te sprawy. Ku naszemu zdziwieniu Kociątko nie wygrało. Ale to musiał być jakiś gruby przekręt

, bo przecież wszyscy wiemy, że Asia ma najładniejsze gruczoły mleczne nie tylko na zlocie, ale i na całym Podkarpaciu.
Po konkursie miał miejsce jeszcze nieprzyjemny incydent. Podobno (zaznaczam: podobno) jakieś miejscowe dresy wszczęły bójkę z motocyklistami. Ktoś poprosił o pomoc. Ja, Ćwirek (może znacie) i Zyron ruszyliśmy z kopyta. W końcu naszych biją. Gdy dotarliśmy z odsieczą, kurz bitewny już opadł, po agresorach nie było śladu. W sumie to się nie dziwię. Widząc naszą trójkę, sam bym uciekł, gdzie trzciny rosną. A dlaczego incydent nieprzyjemny? Bo wstąpił w nas duch bojowy, a nie było już kogo zlać.
I jeszcze na koniec refleksja dotycząca Myszy: Mysza nie pierwszy raz jedzie na zlot zaraz po pracy (czasem wyjeżdża po 22 i dociera o 4 rano), a ze zlotu wyjeżdża tak, żeby w domu wziąć prysznic i zdążyć do pracy. Chyba po prostu lubi być z nami. My też lubimy z nią być
