Piknik Country w Dobużku 13-06-2010
: poniedziałek, 14 czerwca 2010, 17:41
Założenia były wspaniałe: najpierw dobra, ponad 340 km "traska", a potem zabawa w klimacie country. Dzień zapowiadno idealny do jazdy: temperatura umiarkowana, pozwalająca odpocząć po upałach, bez opadów. Okazało się, że niedzielny poranek pod Parkiem Miejskim w Zamościu powitał nas drobnym deszczykiem, a chętnych do wyjazdu tylko garstka
.
Po krótkim oczekiwaniu pogoda zrobiła się wymarzona do jazdy więc ruszyliśmy w drogę
. Przez Szczebrzeszyn, Frampol, Janów Lubelski dotarliśmy do małego zajazdu w lesie pod Niskiem.
Miejsce to słynie z golonki, więc cóż było począć ... zamówiliśmy
. Było warto
.
Ci z nas ze "słabą silną wolą" dali płucom odetchnąć
.
Teraz można było już ruszyć w kierunku Sokołowa Małopolskiego, gdzie po krótkiej naradzie, z powodu zbyt małej ilości czasu, podjęliśmy decyzję o pominięciu Łańcuta.
Ruszyliśmy w kierunku Leżajska i Tryńczy, obserwując po drodze ślady po niedawnej powodzi spowodowanej przez wody Wisłoka i Sanu, by po kilku kilometrach za tą miejscowością skręcić w kierunku Sieniawy. Na terenie przepięknego pałacu Czartoryskich były zimne napoje, lody i w ogóle rozpustne lenistwo
.
Pomimo to niektórym było za gorąco ...
Prezes po drodze gdzieś zniknął, ale ponieważ to jego rodzinne strony, za bardzo się tym nie przejęliśmy. I faktycznie po prawie godzinnej nieobecności wreszcie się pojawił. Gdzie był i co robił nie pytano
Wreszcie ruszamy dalej. Jeszcze tylko zdjęcie na tle pałacu:
tankowanie naszych spragnionych "stalowych rumaków" i ruszamy krętą i nienajlepszą drogą przez lasy w kierunku Oleszyc, by później doskonale nam znaną trasą dotrzeć do Tomaszowa, gdzie czeka już grupa wyspanych wreszcie "piknikowiczów"
Ruszamy do Łaszczowa ...
i po niedługim czasie parkujemy na "Dworcu Głównym", gdzie dołączają "gospodarze terenu" ...
niektórzy w opłakanym stanie ...
Na sygnał Prezesa ruszamy do Dobużka i lądujemy w starym parku na terenie zabytkowego dworku.
Później powitanie, dziesiątki standardowych pytań: "ile kosztuje?", "Ile pali?" ... itp. i gospodarz imprezy gdzieś nas ciągnie
. Okazało się, że do tzw. namiotu dla VIP-ów. Niech zdjęcia, z dziczyzną w roli głównej, mówią same za siebie
.
By dopełnić przyjemności ze sceny sączy się muzyka country a po parku galopują jacyś indianie i skalpują co ładniejsze białogłowy
.
Po sutym posiłku i pogaduchach ...
zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi ruszamy pojedyńczo do domu. Na koniec jeszcze tylko starcie paru kilogramów much z szyby motocykla, prysznic, paciorek, ... i jak się obudziłem był poniedziałek.
Generalnie nie lubię poniedziałków
, lubię tylko weekendy takie jak ten
.
Generalnie nie lubię poniedziałków