Miałem wczoraj niewątpliwą przyjemność zażyć przejażdżki na GL 1200. Przesiadka z golasa na Goldasa, to jak przejście w inny stan świadomości. Wszystko jest inne. Zacznijmy od tego, że przez lata jeżdżąc nakedami przywykłem, że prędkość, jak i przyśpieszenie odczuwam całym ciałem, jako mniej lub bardziej wzrastający napór powietrza. Na Gold Wingu wzrastającą prędkość widzę na prędkościomierzu i trochę odczuwam poprzez wzrost obrotów silnika. Ale to wszystko bardzo płynnie, wygodnie, żeby nie powiedzieć komfortowo. 170 na "budziku", a ja z uchyloną szybką kasku mknę autostradą jak na latającym dywanie. Szyba w goldasie wcale nie jest za wysoka. Ja, choć niskiego wzrostu, na jezdnię patrzę nad szybą, a nie przez nią. Mimo to doskonale chroni motocyklistę. Żadnych zawirowań odrywających się strug powietrza i łomotania tychże w kask. Leciutki ruch powietrza odczuwam jedynie gdzieś z tyłu. Jakby nieznacznie, delikatnie wiało w plecy. Bardzo elastyczny silnik. Biegi może nie wchodzą tak gładko, ale kultura pracy jednostki napędowej mnie zaskoczyła. Hamulce nadspodziewanie dobre. Trochę się obawiałem zakrętów, a może bardziej swoich reakcji w zakrętach, bo to przecież kredens. Wiele ich nie było, bo autostrada, ale na "ślimakach" wjazdu i zjazdu z autostrady doświadczyłem, że jest tak samo jak z każdym innym motocyklem, choć zupełnie inaczej (przyznacie, że precyzyjnie wyjaśniłem różnicę

)
Dodam jeszcze, jadąc te 140-170, spodziewałem się, że kolega, który pomykał moim Vmaxem śmignie zaraz koło mnie i wyprzedzi, jak bym jechał rowerem, a tu nic z tych rzeczy. Później się okazało, że nie mógł wyjść poza 140 km/h, bo własny kask chciał go paskiem udusić (taki z szybką, bez "szczęki"). Należało się zamienić nie tylko motocyklami, ale i kaskami.